Zapukała.
Jonas otworzył drzwi z jednym dzieckiem na rękach, drugie trzymało zepsutą zabawkę. Zamarł.
– To pani…
– Przepraszam, że tak bez zapowiedzi. Chciałam tylko wiedzieć, czy wszystko w porządku.
Wpuścił ją do środka. Mały pokój był skromny, ale czysty. Kartonowa choinka, dziecięce rysunki.
Rozmawiali godzinę. Kara dowiedziała się o jego przeszłości, o samotności, o walce.
Zostawiła mu numer telefonu i propozycję pracy w firmie logistycznej.
Jonas zaczął pracę. Najpierw w magazynie, potem w administracji. Kara nie faworyzowała go – chciała, by zasłużył na swoje miejsce. I zasłużył.
Z czasem życie Jonasa się ustabilizowało. Mały pokój zamienił się w dwupokojowe mieszkanie. Leo i Luca – bo tak mieli na imię chłopcy – zaczęli chodzić do przedszkola dzięki dyskretnemu wsparciu Kary.
Została „ciocią Karą”.
Między nią a Jonasem rosło coś więcej – ciche, szczere uczucie. Ale oboje bali się je nazwać.
Pewnego dnia Leo trafił do szpitala z wysoką gorączką. Kara była z nimi przez całą noc. Gdy chłopiec obudził się i wyszeptał:
– Ciociu Kara…
Wtedy wszystko stało się jasne.
W kolejnych dniach Leo wyzdrowiał. W salonie zawisła w ramce dziecięca laurka z czterema postaciami trzymającymi się za ręce pod słońcem.
– Pomyślałam, że ten rysunek zasługuje na szczególne miejsce – powiedziała cicho.
Jonas ujął jej dłoń.
– Nie wiem, jak to nazwać, ale wiem, że to prawdziwe.
– Może nie potrzebujemy nazwy – odpowiedziała. – Wystarczy odwaga, by nie uciec.