Tata zachorował dziewięć lat temu. Rak płuc – dwa lata chemii, szpitali, nocnych dyżurów przy łóżku. Jolanta przyjechała trzy razy. Za pierwszym – na dwie godziny, bo musiała wracać, bo pies, bo remont, bo coś tam.
Ja brałam urlopy, zwolnienia, zamieniałam się ze współpracownikami na zmiany. Karmiłam tatę, myłam, woziłam na naświetlania. Nie narzekałam. To był mój tata.
