Damian, mój jedynak, ożenił się z Patrycją sześć lat temu. Ładne wesele w restauracji, sto osób, kapela grała do rana. Patrycja wydawała się porządna – pracowała w aptece, spokojna, uśmiechnięta. Mieszkanie trójka na Sokołowskiej odziedziczyła po dziadkach, więc przynajmniej dach nad głową mieli od początku.
Dzieci przyszły szybko. Najpierw Zuzia, potem Olek. I wtedy zaczęło się to, co teraz rozumiem jako początek końca. Patrycja wróciła do pracy po urlopie macierzyńskim, Damian jeździł tirami – tydzień w trasie, tydzień w domu. Ktoś musiał odbierać Zuzię z przedszkola i pilnować Olka.
