„Nie przyjdziecie na mój ślub”. Dziadek Jan po śmierci babci Marii poślubił sąsiadkę i odciął nas wszystkich

Ale presja szła z każdej strony. Od rodziny. Od sąsiadów. Nawet z kościoła, gdzie po mszy ktoś rzucił do mnie: „Niezręcznie to wygląda, dziecko. Taka świeża żałoba”.

Dziadek milczał. Aż do dnia, kiedy Ewa pojechała do niego z rosołem i zobaczyła na stole kartkę z urzędu.

„Co to jest?” — zapytała.

„Zapowiedzi” — odpowiedział spokojnie.

Mama zbladła. „Tato… ty… ty się żenisz?”

„Tak” — powiedział i nie spuścił wzroku.

Wtedy zaczęło się nasze rodzinne piekło.

Piotr przyjechał wieczorem, wpadł do domu jak burza. „Zwariowałeś? Mama jeszcze ciepła w ziemi!”

Dziadek uderzył dłonią w blat. Raz. Mocno. „Nie waż się mówić o Marii w taki sposób.”

„To jak mam mówić?!” — krzyczał Piotr. „Wszyscy się śmieją. Ludzie gadają. Wstyd!”

„Wstyd to jest to, że mój własny syn bardziej boi się gadania niż mojej samotności” — odparł dziadek.

Krystyna stała w drzwiach, blada, z rękami splecionymi jak do modlitwy. „Janku, ja nie chcę kłótni” — szepnęła.

„To nie ty” — odburknął Piotr. „To on. On nie myśli.”