Rok temu, kiedy pochowałam męża, wszystko nagle straciło sens. Dom wydawał się za duży, cichy, zimny. Mała Marysia, moja pięcioletnia córeczka, ciągle pytała, kiedy tata wróci, a ja za każdym razem ledwo znajdowałam słowa. Nie chciałam kłamać, ale też nie mogłam powiedzieć prawdy. Więc milczałam.
Po kilku tygodniach wprowadziliśmy nowy rytuał — w każdą niedzielę szliśmy na cmentarz. Wychodziliśmy wcześnie rano, ja brałam mały bukiecik polnych kwiatów, Marysia trzymała mnie za rękę, czasami trochę się ślimaczyła, czasem wstydliwie patrzyła w ziemię. Droga zajmowała nam około dwudziestu minut. Przechodziliśmy najpierw przez wąską uliczkę, potem aleję z wysokimi topolami, a na końcu stary, żelazny płot cmentarza.
