Szpital pachniał mocnym środkiem dezynfekującym, ale nawet ta ostra woń nie potrafiła przykryć lodowatej atmosfery, która unosiła się w korytarzu przy oddziale intensywnej terapii. Za podwójnymi drzwiami leżałam nieprzytomna po nagłym cesarskim cięciu. Moje ciało było zmęczone walką, a każdy sygnał aparatury brzmiał jak przypomnienie, że granica między strachem a nadzieją bywa bardzo cienka.
Tymczasem po drugiej stronie tych drzwi stał mój mąż, Grant Holloway — człowiek, z którym planowałam wspólne życie. Zamiast niepokoju widać było u niego tylko pośpiech. Poprawił mankiet drogiego garnituru, jakby przygotowywał się do spotkania biznesowego, a nie do rozmowy o stanie zdrowia żony i świeżo narodzonych dzieci.
Przy nim kręcił się prawnik z teczką w dłoni. Zanim podał dokumenty, zawahał się, spoglądając w stronę oddziału, gdzie lekarze wciąż walczyli o stabilizację mojego stanu.
„Pańska żona jest w stanie krytycznym… czy naprawdę chce pan podpisywać to teraz?”
Grant nie podniósł wzroku. Wziął długopis i złożył podpis jednym krótkim, zdecydowanym ruchem — tak, jakby stawiał parafkę pod kolejną stroną umowy, która ma zamknąć temat raz na zawsze.
„To ryzyko już uwzględniłem” — odpowiedział chłodno, tonem człowieka dyskutującego o budżecie. Dla niego nie byłam osobą. Brzmiał, jakby widział we mnie problem do usunięcia, przeszkodę przed kolejnym etapem kariery.
- Za drzwiami OIOM-u trwała walka o stabilizację rytmu serca.
- Na korytarzu zapadła cisza, którą przerywało tylko szuranie papieru i odległe sygnały aparatury.
- W tym samym czasie podejmowano decyzję, która miała zmienić mój status w dokumentach.