Babcia zamarła, bo z gęstwiny świerków wyszły jeszcze trzy wilki. Jeden duży, niemal czarny, dwa trochę mniejsze, ale wciąż potężne. Sunęły powoli po śniegu, prawie bezgłośnie, tylko mróz skrzypiał pod ich łapami. Kobieta poczuła, jak serce podchodzi jej do gardła. Instynkt krzyczał, żeby uciekać, ale nogi odmówiły posłuszeństwa. Stała, oparta na gałęzi, i patrzyła, jak zwierzęta podchodzą coraz bliżej.
Uratowany wilk spróbował się podnieść, ale zaraz zaskomlał cicho i znowu opadł na bok. Czarny wilk zatrzymał się kilka kroków od niego. Uniósł łeb i powoli powąchał powietrze. Potem spojrzał prosto na kobietę. Babcia ścisnęła gałąź tak mocno, że aż pobielały jej knykcie. Była pewna, że to koniec, że za chwilę rzucą się na nią wszystkie naraz.
Ale nic takiego się nie stało.
Czarny wilk podszedł do rannego i delikatnie trącił go pyskiem. Tamten odpowiedział cichym skomleniem. Dwa pozostałe wilki obeszły kobietę szerokim łukiem, jakby sprawdzały, kim jest i czy stanowi zagrożenie. Jeden z nich zatrzymał się na moment i spojrzał jej prosto w oczy. W tym spojrzeniu nie było agresji. Raczej czujność. I coś jeszcze… jakby niepewność.
— No już… ja wam nic nie zrobię — mruknęła babcia, bardziej do siebie niż do nich.
Mróz szczypał ją w policzki, czuła, że dłonie ma zupełnie zdrętwiałe. Wiedziała, że nie może tu stać w nieskończoność. Ale też bała się ruszyć, żeby nie sprowokować zwierząt. Nagle czarny wilk zawył krótko, nisko. Dwa młodsze natychmiast podeszły bliżej rannego. Jeden z nich zaczął go delikatnie podgryzać za kark, jakby próbował pomóc mu wstać. Drugi wsunął się pod jego bok.