Halina promieniała jak reflektor na scenie. Zdążyła już otworzyć połowę kopert, ustawić bukiety w wazonach i posadzić „najważniejszych” gości jak najbliżej siebie. Karolina czuła, jak w środku wszystko zaciska się w twardą, lodowatą kulę. — No dobrze — klasnęła w dłonie teściowa z entuzjazmem — będziemy wręczać prezenty? Bo już pękam z ciekawości! Goście uśmiechali się, ktoś sięgnął po kieliszek, ktoś inny podniósł telefon. — Dawaj, synku — mrugnęła Halina do Łukasza. — Co wy tam z Karolinką wymyśliliście? Łukasz wyprostował się, jakby miał wygłosić toast, i rzucił szybkie spojrzenie na żonę. — No… my… — zaczął, po czym się zawahał. — Karolina?
Powoli wstała. — Tak — powiedziała spokojnie. Zbyt spokojnie. W sali zrobiło się ciszej. Karolina podeszła do teściowej, zatrzymała się naprzeciwko i splecionymi rękami oparła je na brzuchu. — Halino… wszystkiego najlepszego z okazji jubileuszu. Sześćdziesiąt lat to poważna data. Zdrowia, sił i długich lat.
— Dziękuję, złotko — rozpromieniła się kobieta. — A gdzie… no…? Znacząco rozejrzała się po sali, jakby kelnerzy za chwilę mieli wnieść telewizor. Karolina zrobiła pauzę. — A prezentu… nie będzie. Najpierw przy stole zrobiło się niespokojnie, a potem niemal zupełnie cicho.
— Jak to… nie będzie? — powtórzyła Halina, nadal się uśmiechając, choć kąciki ust drgnęły. — Dosłownie — odpowiedziała Karolina. — Tym razem przyszłam z pustymi rękami. Monika, siedząca obok, gwałtownie podniosła głowę. — To jakiś żart? — Nie.
Halina zmarszczyła brwi.