– Gdzie jest mój chłopczyk?! –

– Gdzie jest mój chłopczyk?! – Małgorzata wparowała z tortem w rękach, nawet nie pukając. – Czterdzieści lat ma, a ja upiekłam jego ulubiony tort!

– Pani chłopczyka nie ma, – zatrzymałam ją w przejściu do kuchni, krzyżując ręce na piersi. – I nie będzie.

– Jak to nie ma? Przecież samochód stoi pod blokiem!

– Samochód stoi. Jego — nie. Od miesiąca. Przeprowadził się do Franciszki z trzeciej klatki, jeśli pani ciekawa.

Tort powoli zsunął się z jej rąk na podłogę. Krem rozmazał się po parkiecie, który wczoraj polerowałam do połysku. Twarz Małgorzaty pobladła, chwyciła się futryny, jakby miała zemdleć.

– Kłamiesz… On by mi powiedział!

Uśmiechnęłam się krzywo. Dziesięć lat traktowała mnie jak służącą przy swoim „drogim synusiu”. Dziesięć lat znosiłam jej wizyty bez uprzedzenia, krytykę mojego gotowania, sposobu wychowywania córki, a nawet koloru moich włosów.