Telefon od fotografa dwa tygodnie po

Dwa tygodnie po ślubie wreszcie zrobiło się cicho. Goście dawno wrócili do swoich spraw, a w wolnym pokoju piętrzyły się jeszcze nierozpakowane prezenty. Z mężem zaczęliśmy układać naszą codzienność — spokojną, prostą i wreszcie „naszą”.

Wesele wyszło pięknie: ciepło, elegancko, dokładnie tak, jak wymarzyli to sobie moi rodzice. Z dzisiejszej perspektywy powiem jednak coś dziwnego — to wszystko było aż nazbyt dopięte na ostatni guzik. Wtedy zignorowałam to uczucie, bo po co drążyć, kiedy wszyscy wokół są zadowoleni?

A potem zadzwonił telefon.

Na ekranie pojawił się numer fotografa. Spodziewałam się zwykłej rozmowy: że album gotowy, że trzeba wybrać ujęcia, że coś trzeba doprecyzować. Zamiast tego usłyszałam głos, którego nie poznałam od razu — bez uśmiechu, bez lekkości, z ostrożnością, jakby każde słowo ważyło zbyt wiele.

„Proszę pani… znalazłem coś” — powiedział.

Zapytałam, co ma na myśli. Pomyślałam o brakującym pliku, o pomyłce w obróbce, o jakimś technicznym drobiazgu. Cisza po drugiej stronie trwała jednak o sekundę za długo.

„Lepiej, żeby pani przyjechała do mojego studia” — dodał w końcu. „I proszę nie mówić o tym rodzicom. Powinna pani zobaczyć to pierwsza.”