Zawsze uważałem to za zabawne w scenariuszach weselnych, w których ojciec panny młodej zostaje sprowadzony do roli dobrodusznego statysty – równie dekoracyjnego, jak kieliszki do wina na stołach. Tego wieczoru ja również byłem ozdobą. Aż do momentu, gdy pan młody poprosił mnie, żebym „wszedł na chwilę”.
Moja córka miała na imię Mira. Dziś wyglądała, jakby narodziła się z tego świata: delikatna suknia, welon znaleziony nie wiadomo gdzie, wysadzany maleńkimi szklanymi koralikami, a oczy – czyste i beztroskie. Ja byłem Igorem Michajłowiczem, inżynierem z rękami przyzwyczajonymi do stali i oleju, a nie do szampana i mikrofonów. Pan młody to Gleb: elegancko uczesany, biegły w słowach i fotografiach, jakby zszedł prosto z okładki błyszczącego magazynu. Zachowywał się pewnie, jakby sam był tym wydarzeniem.
