Arthur westchnął i przetarł okulary. Nienawidził takich przypadków.
Nienawidził usypiania zdrowych zwierząt tylko dlatego, że były przerażone lub złamane przez życie.
— Dobrze — powiedział, a jego głos był ochrypły ze zmęczenia. — Najpierw muszę go zobaczyć. Nie uśpię żadnego zwierzęcia, dopóki nie spojrzę mu w oczy.
Greg cofnął się i ostrzegł:
— Proszę uważać na palce, doktorze. To demon.
Arthur podszedł do klatki i zajrzał przez kratki.
Dwie szeroko otwarte, przerażone oczy wpatrywały się w niego. Był to całkowicie biały kot, brudny od ulicznego kurzu, z uszami przyciśniętymi do głowy. Zwierzę wydało z siebie niskie, gardłowe warczenie, od którego zadrżał stół.
— Hej, kolego — wyszeptał Arthur, a jego głos przybrał uspokajający baryton, którego używał przy spłoszonych koniach. — Sporo przeszedłeś, prawda?
Arthur nie sięgnął od razu po środek uspokajający.
Zamiast tego założył gruby skórzany rękaw i powoli otworzył drzwiczki transportera. Kot nie rzucił się do ucieczki. Zastygł, napięty jak sprężyna. Arthur sięgnął do środka.
— Chodź, najpierw cię oczyścimy, zanim podejmiemy jakiekolwiek decyzje.
Z szybkością, która zaskoczyła Grega, Arthur chwycił kota za kark i wyciągnął go. Zwierzę przez chwilę się szarpało, pazury zgrzytały o metalowy stół, ale Arthur trzymał je pewnie.
Przycisnął kota do piersi, by go zabezpieczyć. Gdy kot znalazł się poza transporterem, Arthur zobaczył go wyraźnie. Pod warstwą brudu kryła się piękna, śnieżnobiała krótkowłosa kotka z wyraźnym różowym noskiem i wielkimi, ciemnymi źrenicami. Drżała jednak tak mocno, że szczękały jej zęby.
— To nie demon, Greg — mruknął Arthur. — On jest śmiertelnie przerażony.
Arthur zaczął głaskać kota po głowie. Nie był to chłodny, kliniczny dotyk lekarza, lecz czuły, rytmiczny gest dziadka. Drapał go za uszami. Przesuwał dłonią po grzbiecie. I wtedy stało się coś niemożliwego.
„Demoniczny” kot przestał warczeć. Napięcie zeszło z jego ciała.
Spojrzał na Arthura i powoli mrugnął. Potem stanął na tylnych łapach, położył dwie białe łapki na ramionach Arthura, wtulił pyszczek w jego szyję i zamknął oczy.
To był uścisk. Prawdziwy, niemal ludzki uścisk.
Arthur znieruchomiał. Bywało, że psy go obejmowały, ale koty zazwyczaj zachowywały dystans. Ten kot trzymał się go, jakby Arthur był tratwą ratunkową na środku oceanu.
Widok weterynarza w białym kitlu, trzymającego białego kota, stał się obrazem czystej bezbronności. Gregowi opadła szczęka.