Weterynarz przytulił kota! Minutę później wydarzyło się coś nieoczekiwanego Weterynarz przytulił kota! Minutę później wydarzyło się coś nieoczekiwanego

— Ja… nigdy czegoś takiego nie widziałem. Jeszcze godzinę temu próbował mi odgryźć twarz.

Arthur zamknął oczy i objął kota. Poczuł dziwny, elektryczny impuls znajomości. Zapach kota, spod warstwy ulicznego brudu, był mu dziwnie bliski.

Sposób, w jaki zwierzę oparło brodę o jego obojczyk, obudził wspomnienie, które Arthur głęboko w sobie pogrzebał.

(Przepraszamy za przerwę. Zanim wrócimy do tej emocjonalnej przejażdżki i szokującego odkrycia, którego Arthur dokona za chwilę, uprzejmie prosimy o polubienie filmu i subskrypcję kanału. To bardzo ważne, abyśmy mogli nadal dzielić się z Państwem takimi historiami. Dziękujemy.)

Arthur stał tak przez pełną minutę, po prostu trzymając zwierzę. Czuł, jak bicie serca kota zwalnia i dostosowuje się do jego własnego.

— Nie mogę tego zrobić, Greg — wyszeptał. — Nie mogę go uśpić. Zabieram go do domu.

— Jest pan pewien, doktorze? — zapytał Greg. — Może się odwrócić przeciwko panu.

— Jestem pewien.

Lecz gdy Arthur chciał odłożyć kota z powrotem na stół, by sprawdzić jego parametry życiowe, wydarzyło się coś nieoczekiwanego.

Kot nie chciał puścić.

I wtedy zrobił coś bardzo konkretnego.

Wyciągnął lewą łapę i trzykrotnie dotknął nosa Arthura.
Puk. Puk. Puk.

Arthur przestał oddychać. Pokój zawirował.

Tylko jeden kot na świecie kiedykolwiek to robił.

Pięć lat wcześniej, zanim zmarła jego żona Martha, mieli kota o imieniu Nimbus.

Nimbus był białym kocurem ze schroniska, który bezgranicznie kochał Arthura. Jego ulubioną zabawą było siedzenie na ramieniu Arthura i dotykanie jego nosa, gdy chciał smakołyków.

Nimbus zaginął jednak cztery lata temu. Podczas remontu jeden z robotników zostawił otwarte tylne drzwi, a kot uciekł. Arthur i Martha szukali go miesiącami. Rozwieszali ogłoszenia. Sprawdzali każde schronisko. Co noc przeszukiwali okolicę z latarkami.

Nigdy go nie znaleźli.

Martha zmarła rok później, ze złamanym sercem po stracie swojego małego anioła. Arthur był przekonany, że Nimbus padł ofiarą kojota albo został potrącony przez samochód.

Ręce Arthura drżały, gdy odsunął kota, by spojrzeć mu w pysk.

Spojrzał na jego lewe ucho. Tam, ledwo widoczna pod brudem, znajdowała się mała blizna w kształcie półksiężyca. Blizna, którą Nimbus zdobył jako kociak, walcząc z krzakiem róż.

— Nimbus… — wyszeptał Arthur z trudem.

Kot wydał z siebie głośne, wyraźne „Mro-ow” — dźwięk załamujący się w połowie, charakterystyczną cechę głosu, którą Nimbus zawsze miał.

Arthur osunął się na kolana, przyciskając kota do piersi i szlochając.
— Boże… to ty. To on, Greg. To mój chłopiec.

Greg wyglądał na zdezorientowanego:
— Ale doktorze, skanowaliśmy go pod kątem chipa. Nic nie znaleźliśmy.

Arthur wstał i otarł łzy.
— Nimbus miał chip. Został wszczepiony między łopatkami.

Arthur chwycił skaner i przesunął go po grzbiecie kota. Cisza. Nie poddał się.

— Czasami się przemieszczają — wyszeptał. — Czasami zsuwają się w dół.

Przesunął skaner wzdłuż prawej przedniej łapy kota, aż do łokcia.