Najpierw był tylko cichy szept w telefonie: „Tato… proszę, pomóż.” A potem nagła cisza, taka, która nie daje się zignorować. Serce podeszło mi do gardła, a w głowie pojawiła się tylko jedna myśl: muszę być przy niej natychmiast.
Wskoczyłem do starego pick-upa i ruszyłem w stronę posiadłości rodziny Parkera. Po drodze nie liczyłem minut — liczyłem oddechy. Z każdym kolejnym kilometrem czułem, jak narasta we mnie niepokój i gniew, ale starałem się trzymać go na wodzy. Emily była najważniejsza.
