Zaprosili „klasową przegraną” na zjazd absolwentów po dziesięciu latach, aby się z niej pośmiać — jej triumfalne przybycie wprawiło ich wszystkich w osłupienie.

Otrzymała zaproszenie na dziesiąte spotkanie klasowe. Nie dlatego, że ktokolwiek z uczestników czułby potrzebę nostalgii czy prawdziwą chęć zobaczenia jej ponownie, lecz aby upokorzyć ją po raz ostatni, zamykając cykl pogardy, który od lat pozostawał w zawieszeniu, jak kiepski żart bez zakończenia.

Dziewczyna, którą nazywano „zerem klasy”, ta, którą wyśmiewano, ignorowano i traktowano jakby była niewidzialna. Głośno się śmiali, gdy dodawali jej nazwisko do elektronicznej listy gości, ciesząc się na myśl o momencie, gdy wejdzie do pomieszczenia — sama, nie na miejscu, z wzrokiem skierowanym ku ziemi z powodu skompromitowania.

Jednak, gdy nadszedł wieczór wydarzenia, a ziemia zaczęła drżeć pod ich stopami, nikt nie był zdolny do śmiechu.

To, co wydarzyło się potem, pozostawiło dwieście osób, przekonanych, że są szczytem towarzyskim, w osłupieniu.

Chic rooftop budynku Cascadia, w São Paulo, wznosił się nad miastem jak klejnot zawieszony w ciepłym świetle zmierzchu. Złota godzina wdzierała się przez szklane ściany, przekształcając je w strumień płynnego złota, który delikatnie oblekał brzegi drogich kieliszków wina i rysował długie cienie na wypolerowanym mahoniowym stole, przy którym cztery osoby rozkoszowały się wygodą aury arogancji.

Poniżej miasto rozciągało się w całej swojej bezwzględnej chwale – dżungla betonu, w której drapacze chmur przecinały horyzont, każdy z nich będący pionową deklaracją bogactwa i władzy.

Bruno Castilho zasiadał na swoim krześle z postawą mężczyzny sukcesu: z poskręcaną nonchalancją. Jeden ramie oparł na oparciu, jakby nawet meble istniały tylko po to, by mu służyć. Jego granatowy żakiet musiał kosztować tyle co miesięczna pensja większości osób. Uśmiech miał tę pustą ciepłotę ludzi, którzy opanowali sztukę wydawania się szczerymi bez odczuwania czegokolwiek. Nieruchomości uczyniły go bogatym, lecz nie miłym.

Sílvia D’Ávila trzymała telefon niczym broń do autopromocji, ustawiając go w celu uchwycenia zachodu słońca za sobą z precyzją wielokrotnie powtarzaną. Trzy zdjęcia w serii, każde zaplanowane tak, aby wyglądało na spontanicznie idealne. Jej całe istnienie było inscenizowane do konsumpcji. Każde doświadczenie przechodziło najpierw przez filtr: „Jak to wypadnie w mojej relacji?”, której publika istniała głównie w postaci pikseli.