Gotowała noworoczny stół dla dwunastu

— Dobrze, córeczko. Czekam.

Potem zadzwoniła do Paula.

— Tak, mamo, jedziemy. Zaraz będziemy.

Włożyła szampana do lodówki, włączyła telewizor — leciały już świąteczne koncerty. Usiadła na kanapie i zaczęła czekać.

O wpół do ósmej w mieszkaniu nadal panowała cisza. Madeleine znów zadzwoniła do córki.

— Marie, gdzie jesteście?

— Stoimy w korku, mamo. Za piętnaście minut powinniśmy dojechać.

Dokładnie o ósmej zadzwonił Paul.

— Mamo, trochę się spóźnimy. Sophie zapomniała prezentów, musieliśmy zawrócić.

— Nic się nie stało, synku. Najważniejsze, żebyście przyjechali.

Siedziała sama przy nakrytym stole i patrzyła na potrawy. Kaczka stygnęła. Sałatki zaczynały obsychać na brzegach. Galareta wciąż stała nietknięta — była z niej szczególnie dumna w tym roku, gotowała ją według przepisu swojej mamy, z nóżek wieprzowych.

Za piętnaście dziewiąta wreszcie rozległ się dzwonek do drzwi. Madeleine pospieszyła otworzyć.

Na progu stała cała rodzina. Dzieci, wnuki, siostrzenica z mężem. Głośni, eleganccy, z torbami i pudełkami.

— Wesołych Świąt, mamo!

— Babciu!

Przytulała ich, całowała, śmiała się. Oto ono — szczęście. Wszyscy razem, wszyscy blisko.

Goście zdjęli kurtki i przeszli do pokoju. Dzieci od razu rzuciły się do choinki — oglądać ozdoby. Dorośli usiedli przy stole.

— Niesamowite, mamo, jakbyś otworzyła restaurację! — zachwyciła się Marie.

— Starałam się dla was. Jedzcie, nie krępujcie się.

Nakładała sałatki, porcjowała kaczkę, podawała pierogi. Sama prawie nie tknęła jedzenia — ważniejsze było dla niej patrzeć, jak jedzą inni, i cieszyć się tym.

Marie wzięła telefon, zerknęła na ekran, coś przeczytała. Spojrzała porozumiewawczo na męża.