— Mamo, będziemy musieli zaraz wyjechać…
— Wyjechać? — zdziwiła się Madeleine. — Przecież jeszcze nie ma nawet dziesiątej…
— Musimy jeszcze podjechać do rodziców Jules’a — powiedziała Marie ostrożnie, jakby z góry przepraszała. — Obrażą się, jeśli się nie pokażemy. Dosłownie na pół godzinki… no, maksymalnie czterdzieści minut.
Przy stole zapadła niezręczna cisza. Ktoś spuścił wzrok, ktoś udawał, że zajmuje się kieliszkiem. Madeleine poczuła, jak w środku coś powoli się zaciska — nie gwałtownie, lecz cicho, niemal niezauważalnie.
— A potem? — zapytała cicho.
— Potem… — Marie zawahała się. — Potem chyba nie zdążymy już wrócić. Tam też jest stół, goście.
Paul pospiesznie dodał:
— Mamo, my też pojedziemy. Czekają na nas. Postanowiliśmy jechać razem, i tak po drodze.
Olivia uśmiechnęła się zbyt pogodnie:
— Teraz wszyscy tak robią, Madeleine. Po trochu wszędzie. Najważniejsze, że się zobaczyliśmy.
Madeleine skinęła głową.
— Oczywiście. Najważniejsze, że się zobaczyliśmy.
Słowa zabrzmiały równo, niemal spokojnie. Ale w środku coś opadło na dobre.
Dorośli w pośpiechu dopijali szampana, dzieci już zakładały kurtki. Pierogi pozostały prawie nietknięte, kaczka — w połowie cała.
— Mamo, naprawdę tylko na chwilę — Marie pocałowała ją w policzek. — Przecież rozumiesz?
— Rozumiem — odpowiedziała Madeleine.
Drzwi zamknęły się szybko. Zbyt szybko. W mieszkaniu natychmiast zrobiło się pusto i głucho, jakby ktoś nagle wyłączył dźwięk.
Madeleine wróciła do salonu. Duży, rozłożony stół wyglądał dziwnie i nie na miejscu: dwanaście kompletów, dwanaście krzeseł — i tylko ona jedna. Mechanicznie zebrała serwetki, przykryła kaczkę folią, po czym po prostu usiadła.
Za dziesięć dwunasta nalała sobie szampana. Trochę. Symbolicznie.