Odwróciła się do męża z uśmiechem — sztucznie lekkim, niemal teatralnym. Takim, jakim uśmiechają się ludzie, którzy nie chcą pokazać irytacji.
Aleksander stał przy lodówce z owocami morza i patrzył w telefon. Twarz miał napiętą, brwi ściągnięte, szczękę zaciśniętą. Wyraźnie nie czytał wiadomości — liczył. Liczył pieniądze.
— Sasza, słyszysz mnie?
— Słyszę — odpowiedział, nie podnosząc wzroku. — Tylko nie jestem pewien, czy potrzebujemy krewetek.
Marina uśmiechnęła się krótko, ostro, bez cienia radości, i podeszła bliżej, naruszając jego przestrzeń.