Powiedzmy sobie szczerze: na Nowy

Odwróciła się do męża z uśmiechem — sztucznie lekkim, niemal teatralnym. Takim, jakim uśmiechają się ludzie, którzy nie chcą pokazać irytacji.

Aleksander stał przy lodówce z owocami morza i patrzył w telefon. Twarz miał napiętą, brwi ściągnięte, szczękę zaciśniętą. Wyraźnie nie czytał wiadomości — liczył. Liczył pieniądze.

— Sasza, słyszysz mnie?

— Słyszę — odpowiedział, nie podnosząc wzroku. — Tylko nie jestem pewien, czy potrzebujemy krewetek.

Marina uśmiechnęła się krótko, ostro, bez cienia radości, i podeszła bliżej, naruszając jego przestrzeń.

— Jak to „nie potrzebujemy”? To Nowy Rok! Raz w roku można sobie pozwolić — powiedziała z naciskiem, jakby mówiła nie do męża, a do kasjera.

Aleksander schował telefon do kieszeni i uważnie spojrzał najpierw na koszyk — droga ryba, importowane sery, owoce, wino. Potem na Marinę. Długo. W milczeniu.

— Powiedziałem jasno — odezwał się w końcu. — Każdy płaci za siebie. Mnie ten zestaw nie jest potrzebny.

Marina przewróciła oczami.

— Oczywiście. Tobie nic nie jest potrzebne. Za to potem przy stole będziesz jadł wszystko po kolei — rzuciła złośliwie.

— Będę jadł to, co kupię — odpowiedział chłodno Aleksander.