Telefon od fotografa dwa tygodnie po

Patrzyłam na ekran, a w uszach huczało mi własne tętno. Jedna część mnie próbowała racjonalizować: może chodzi o niespodziankę, może o prezent, może o jakąś drobną aferę organizacyjną. Tyle że ton nie pasował do żadnej „niespodzianki”. W tym szeptaniu było coś, co miało zostać zakopane, nie zapakowane w ozdobny papier.

„O czym… on ma nie mówić?” — zapytałam prawie bezgłośnie.

Fotograf nie odpowiedział od razu. Zamiast tego przesunął kursor i otworzył następny plik, jakby wiedział, że odpowiedź nie zmieści się w jednym zdaniu.

Na tym etapie historia urywa się — a to, co było dalej, miało dopiero odsłonić prawdziwy sens tych słów.

Podsumowując: jeden telefon wystarczył, by mój spokojny „czas po ślubie” zamienił się w serię pytań bez odpowiedzi. Materiał, który miał być tylko pamiątką, nagle stał się lustrem pokazującym coś ukrytego — i to właśnie wtedy zrozumiałam, że nie wszystkie sekrety da się zasłonić uśmiechem na rodzinnych zdjęciach.