Łzy płynęły mi po twarzy — z upokorzenia, z bólu ich uścisku, z niesprawiedliwości. Byliśmy trzy metry od wyjścia. Drzwi obrotowe były tuż-tuż. Frank i Tony niemal mnie podnieśli. „Proszę” — błagałam. „Pozwólcie mi to wyjaśnić.” „Daj spokój, pani” — burknął Frank. „Znamy wasz typ.” Ding. Dźwięk windy VIP przeciął chaos. Czas zwolnił. Drzwi się otworzyły i stał tam on.
Adrien — mój mąż — wrócił wcześniej, by mnie zaskoczyć. W grafitowym garniturze, z teczką w dłoni, wyglądał na zmęczonego, ale szczęśliwego… dopóki nie zobaczył sceny. Widziałam, jak jego twarz się zmienia: najpierw dezorientacja, potem rozpoznanie, a potem wściekłość. Czysta, nieprzefiltrowana wściekłość.
„Stop!” Jego głos zagrzmiał w lobby, odbijając się od marmuru i kryształu. Wszyscy znieruchomieli. Frank i Tony wciąż trzymali mnie, ale przestali się ruszać. Adrien ruszył w naszą stronę, przyspieszając z każdym krokiem. „Powiedziałem: stop!” Patricia wystąpiła naprzód. „Proszę pana, to pana nie dotyczy. Usuwamy intruza…” „Natychmiast ją puścić.” To był rozkaz. Ostateczny. Frank i Tony puścili mnie od razu.
Adrien był przy mnie w sekundę. Ujął moją twarz, sprawdzając, czy nic mi nie jest. „Zrobili ci krzywdę? Camila, kochanie, spójrz na mnie.” Nie potrafiłam mówić. Zalałam się łzami w jego ramionach. Obejmował mnie ochronnie.
Za nami głos Patricii, nagle mały i zagubiony. „Panie Rodriguez… my… nie wiedzieliśmy…” Dotarło do niej. „O mój Boże… ona naprawdę…” Adrien spojrzał na mnie. „Opowiedz mi wszystko. Teraz.” Przez łzy opowiedziałam każdy szczegół. Jak mnie zignorowano. Jak mnie poniżono. Jak nazwano oszustką. Jak mnie ciągnięto. Jak kopano moje rzeczy. Jak upokorzono mnie publicznie.