Pod jednym dachem: Historia samotnej matki z Krakowa

— Marta, nie dam już rady. — Głos Pawła drżał, a ja czułam, jak serce rozbija mi się na kawałki. Stał w progu, z walizką w ręku, a dzieci spały w pokoju obok, nieświadome, że ich świat właśnie się rozpada. — Przepraszam, ale muszę odejść.

Nie odpowiedziałam. Nie mogłam. W głowie miałam tylko jedno: co teraz? Kiedy drzwi się zamknęły, osunęłam się na podłogę, a łzy płynęły bez końca. Przez kolejne dni funkcjonowałam jak automat. Zosia, moja sześcioletnia córeczka, pytała: — Mamo, gdzie tata? — a ja nie potrafiłam znaleźć słów. Kuba, młodszy o dwa lata, tulił się do mnie, jakby wyczuwał, że coś jest nie tak.

Zaczęły się telefony z banku, listy z wezwaniami do zapłaty. Paweł zostawił nas nie tylko bez siebie, ale i z długami, o których nie miałam pojęcia. Próbowałam znaleźć pracę, ale z dwójką małych dzieci i brakiem doświadczenia nie było łatwo. Sąsiadki szeptały za moimi plecami: — Widzisz, Marta została sama. Pewnie coś przeskrobała. — Czułam ich wzrok na sobie, gdy szłam z dziećmi do sklepu, a w portfelu miałam tylko kilka złotych.