Weterynarz przytulił kota. Minutę później wydarzyło się coś, czego nikt się nie spodziewał.
Dr Arthur Pendleton był weterynarzem od czterdziestu lat. Widział wszystko – od szczeniąt, które połykały diamentowe pierścionki, po chomiki, które po rozmrożeniu cudownie wracały do życia. Jednak w ostatnich latach praca coraz bardziej ciążyła mu na duszy.
W wieku 68 lat Arthur był zmęczony. Trzy lata wcześniej stracił żonę, Marthę, a od tamtej pory klinika stała się jego jedynym schronieniem – choć bardzo samotnym. Było deszczowe wtorkowe popołudnie, gdy do gabinetu wszedł inspektor ochrony zwierząt, młody mężczyzna o imieniu Greg, niosąc mały plastikowy transporter. W środku coś syczało jak maszyna parowa.
— Przepraszam, doktorze — powiedział Greg, stawiając transporter na stole zabiegowym. — To sytuacja krytyczna. Zebraliśmy go w zaułkach za targiem rybnym. Zaatakował trzech funkcjonariuszy. Jest zdziczały, wygłodzony i całkowicie niekontrolowalny. Schronisko jest przepełnione. Został przeznaczony do uśpienia.