Po dwóch latach ciężkiej pracy udało mi się wynająć mały lokal na obrzeżach Krakowa. Nazwałam go „Słodkie Chwile”. Pierwszego dnia przyszła tylko jedna klientka, ale zostawiła mi napiwek i powiedziała: — Pani ciasto smakuje jak u mojej babci. — To był dla mnie znak, że idę w dobrą stronę.
Z czasem zaczęli przychodzić stali klienci. Pani Basia polecała mnie wszystkim znajomym, a sąsiadki, które kiedyś plotkowały, teraz przychodziły po sernik na rodzinne uroczystości. Dzieci pomagały mi w cukierni, a ja patrzyłam na nie z dumą. Zosia zaczęła marzyć, że kiedyś przejmie po mnie interes, a Kuba chciał być cukiernikiem jak mama.
Nie obyło się bez trudnych chwil. Raz ktoś włamał się do cukierni i ukradł cały utarg. Innym razem zachorowałam i przez tydzień nie mogłam pracować. Wtedy pomogła mi sąsiadka, pani Jadzia, która przyniosła zupę i zaopiekowała się dziećmi. Zrozumiałam, że nie jestem sama, choć tak długo czułam się opuszczona.